Spoglądam przez okno, deszcz wolno pada.
Osiada na szybach i na kolumnadach,
Na dachach i drzewach soczyście zroszonych,
a ja siedzę przy oknie ciągle zamyślony...
I myślę o kroplach co na twarz padają,
Co moczą Twe usta i po nich spływają.
Zlizuje wilgotne kropelki deszczowe
z kącików ust Twoich co są już pąsowe.
I marzę bym z ust słodkich jak miód,
w każdą słotę, deszczu zlizał w bród.
Tyś jest syreną z morskiej fali,
co pianą kłębi się w oddali.
Boskim stworzeniem co tak śpiewa
że chce iść z Tobą dziś do nieba.
Głos Twój uwodzi i odurza
niczym pachnąca dzika róża.
Podążam ślepo za Twym głosem,
strząsając świeżą mokrą rosę
z źdźbeł trawy co me stopy łechce,
Idę za Tobą ale nie chcę.
wiem że na własną zgubę idę
lecz idę bo ze śmierci szydzę.
Pragnę ja umrzeć w Twych ramionach,
Bo rozkosz w nich jest nieskończona.
I nie dbam wcale o swą duszę
umieram i już nic nie muszę...