Cholera jasna.
Nie ma żadnych innych słów. Nie ma żadnych słów. Tak jakby cała werbalność była martwa. Gdzieś błądzące przebłyski pojedynczych literek, błąkają się jakby bezwiednie, bardziej będąc tłem dziejącej się wokół nich rzeczywistości, niż same ją tworząc. Nawet najbardziej przenikliwe myśli nie są w stanie przejrzeć ciemnej kotary obłędu, by zobaczyć choćby pojedyncze, postrzępione kawałki przyszłości, tańczące w słońcu po drugiej stronie jak złośliwe motyle, świadome swej wolności w obliczu tak stłamszonej, wciśniętej w ciężką, czarną otchłań, konającej egzystencji. Nie ma słów.
Kim jestem? Nie zaliczam się do tego świata. Do tych emocji. Nie posiadam granic. Istnieje we mnie rzeczywistość. Głęboka. Nieodkryta. Niczym czarna bezkształtna masa, dopiero czekająca na rękę, która ją uformuje. Nada emocjom sens, granice, wytyczy szlaki. Nauczy chodzić. Jestem tylko chaosem. Epicentrum wszechświata. Który wybucha raz po raz w nadziei wypełnienia się gwiazdami.
Szukam czegoś co uznam za dobre, mimo że nie będzie się o to starać.
Szukam świadomości, która zrozumie, w jaki sposób brak granic może być ograniczeniem.
Szukam wolności nieskrępowanej konwulsyjnym pędem ku wolności.
Szukam ideału doskonale uświadamiającego sobie niedoskonałość.
Świat u stóp wyobrażeń. Na kolanach.
Łzy płynące spod zaciśniętych powiek.
Srebrny blask księżyca jaśniejący na twarzy.
Przekleństwo.
Życie zawsze o jedno uderzenie serca wyrywające się śmierci.